Logika czy intuicja?

10.07.2012 | Rozmowy

Rozmowa z Koryną Rybka, arteterapeutką.

- Z zawodu jesteś teatrologiem. Stąd bliżej do sceny i świateł jupiterów niż mrocznych zakamarków ludzkiej duszy i umysłu.
- Sztuką zajmowałam się od przedszkola. To coś, co lubię, żeby nie używać słowa „kocham”. Ale tak się składało, że jako teatrolog pracowałam jeszcze w Raciborzu: w więzieniu, w zakładzie poprawczym, a później – już w Jeleniej Górze – w świetlicy terapeutycznej z dziećmi kierowanymi tam przez sąd rodzinny. Do mojej pracowni w Jeleniogórskim Centrum Kultury trafiały dzieciaki z zespołem Downa, nadpobudliwe, upośledzone umysłowo. Arteterapia była w pewnym sensie koniecznością. Przyznaję, walkę z nowotworem wspomagam po raz pierwszy.

- NLP, rebirthing, joga… gubimy się w gąszczu informacji o metodach, które mają nam pomóc. Dlaczego mamy wybrać właśnie arteterapię?
- To absolutnie nie jedyna i słuszna metoda wspomagająca rozwój osobisty, procesy leczenia, pracę z dysfunkcjami. Ważne w niej jest to, że „pacjent” nie musi rozmawiać z terapeutą w sposób werbalny. Nie zawsze chce się mówić, nie zawsze potrafi. Do rąk dostaje materiał plastyczny, który świadomie i podświadomie przetwarza.

- I to wystarczy?
- Takie „dzieło” działa podwójnie: podczas pracy wyzwalając negatywne emocje, a później ” w czasie” – działając na podświadomość, pozytywnie stymulując. Spoglądamy na pracę, przypomina nam o czymś. Może też być dobrym wstępem do rozmowy.

- Każdy to łyka? Nie jest tak, że proponujesz arteterapię, a dorosły mówi: „to zbyt infantylne”?
- Czasem jest kojarzona z naiwnym rysowaniem i graniem w teatrzyku, ze sposobem ciekawego spędzania czasu. Bywało tak, że rozpoczynałam warsztat i czułam sceptyczne nastawienie do metody. Nie zdarzyło mi się doświadczać tego pod koniec warsztatu. Choć to na pewno nie jest metoda odpowiednia dla wszystkich. Przy pomocy arteterapii łatwiej docierać jednak do dzieci.

- Arteterapia to bardziej sztuka czy terapia?
- I sztuka i terapia. Arteterapeuta powinien pilnować, aby powstałe prace miały formę małego dzieła artystycznego i mogły zawisnąć na ścianie.
- Cudownych uzdrowień nie obiecujesz?
- W przypadku choroby to metoda wspomagająca leczenie konwencjonalne i psychoterapię. W niektórych przypadkach niezwykle pomocna. Arteterapia zna przykłady powrotu do zdrowia pacjentów. Świetnie się sprawdza jako metoda holistycznego rozwoju.

- Większości osób z trudem starcza pieniędzy, czasu i energii na zdobycie chleba pewnie, że czasem chleba z nutellą. Przy takiej konkurencji rozwój osobisty przegrywa.
- Myślę, że to duży problem. Wszystkie szkolenia dotyczące rozwoju osobistego są bardzo kosztowne. Ale w księgarniach pojawiły się ostatnio znakomite książki. Arteterapia zresztą jest chyba jedną z najtańszych metod.

- Zapanowała moda na holistyczny rozwój?
- Żadna moda. Nie na darmo rok 2005 i 2006 psycholodzy zapowiadają jako lata największej depresji. Wystarczy rozejrzeć się dokoła. Na pytanie „co słychać”, otrzymuje się w 90 proc. negatywną odpowiedź. Ludzie zaczynają szukać światełka.

- Trzeźwo stąpający po ziemi, gdy słyszą słowo „holistyczny”, wzdrygają się.
- Na warsztatach coraz częściej pojawiają się mężczyźni, ludzie biznesu, odnoszący sukcesy materialne. Po warsztatach nie zaczynają bujać w obłokach, nie porzucają swoich biznesów. Logika czy intuicja? Odwieczne pytanie. Stąpający po ziemi zawsze odpowiedzą – logika. Ludzie o dużej wrażliwości – że intuicja.

(Artykuł – Nowiny Jeleniogórskie, autor – Małgorzata Potoczak- Pełczyńska)